Dobrze pamiętam, kiedy jako mała dziewczynka mieszkałam z rodzicami na Grochowie w Warszawie i próbowałam poznać swoje miasto. Pamiętam pomnik, do którego kiedy dojeżdżałam, miałam poczucie, że jest to dla mnie drugi koniec świata. I jestem tak daleko od domu, że już dalej być nie mogę. Potem ten sam pomnik, był w połowie drogi do mojego liceum. A na studiach pierwszy raz poleciałam samolotem, widząc pierwszy raz świat z góry.

Dzisiaj wszystko jest bardziej dostępne. W pakiecie z tą dostępnością dostajemy pośpiech. Nie mamy czasu na bezruch. A przynajmniej trudno nam sobie na to pozwolić. Teraz kiedy możemy wszystko, ciężko nam z tego zrezygnować. Sięgamy po więcej. Nie czekamy. Przyzwyczajeni do tego, że życie toczy się szybciej, nauczyliśmy się sobie z tym radzić. Postęp i pośpiech jest dla nas naturalny, bo po prostu tak żyjemy, ale dla dzieci nie jest to takie proste. One próbują się do tego dostosować, chcą za nami nadążyć. 

Nasze dzieci żyją w świecie pełnym bodźców, które dla nas są pewnie mniej obciążające. Wprowadzamy w nasze życie dużo zmiennych. Mam na myśli obszar nie tylko codzienności, praca, przedszkole, szkoła, zakupy, zapełniony czas dodatkowy. Ale też to jak żyjemy w czasie wolnym, to w w jaki sposób spędzamy wakacje. To jak szybko się z tymi dziećmi przemieszczamy. Ten natłok spraw ma swoje odbicie. Dziecięce mózgi nie są często gotowe na tyle zmian i nie są w stanie przyjąć wszystkiego co próbujemy im zaoferować. Tempo życia zmieniło się od naszego dzieciństwa dosyć mocno, dlatego zastanawiam się czasem, na ile rozwój dzieci jest w stanie przyspieszyć i dostosować się do nowych okoliczności. Na ile jest to dla nich korzyścią, a na ile pewne rzeczy, na które nie mają czasu, są stratą.

Nie jest odkryciem fakt, że dzieci najlepiej funkcjonują poza tym wielkim światem. Moje dzieci czują się dobrze w lesie, nad morzem, na wsi. Wszędzie tam gdzie jest przestrzeń i mogą wybierać. Tam godziny mogą lecieć, jedna za drugą, bez poczucia kontroli. W wolnej przestrzeni nikt nie odczuwa zmęczenia, ani przegrzania w funkcjonowaniu. Swoboda reguluje, daje poczucie spokoju.

Plan, który my dorośli często tworzymy, a potem się ściśle jego trzymamy, zabiera naszym dzieciom przestrzeń na działania na własnych zasadach. Potem jednocześnie od tych samym dzieci, wymagamy kreatywności i samodzielności i by zajęły się sobą. Myślę czasem nad tym na ile to wszystko da się połączyć. Na ile decydowanie za siebie i jednocześnie za dzieci, daje jednocześnie miejsce na ich swobodny i niczym nieograniczony rozwój. I czy kiedy w końcu dostają ten pakiet nielimitowanego czasu, wiedzą co z nim zrobić, czy gubią się i nie potrafią się w tym odnaleźć, bo nagle ktoś dał im przestrzeń.

Każdy z nas ma inny styl życia, jednak nasz styl życia, wpływa zdecydowanie na jakość i funkcjonowanie naszych dzieci. Nie da się jednocześnie prowadzić kogoś za rękę i ograniczać jego wybory, a potem puszczać swobodnie i oczekiwać, żeby sobie z tym teraz sam poradził. Chociaż zadziwia mnie plastyczność dzieci, to jak potrafią szyć pod siebie różne sytuacje, czuję czasem, że to jak żyjemy odbiera im płynność ich decyzji. A już na pewno rzadko widzę, by ktoś pozwalał dzieciom na popełnianie błędów. Specjalizujemy się w przewidywaniu różnych sytuacji, wybiegamy myślami, uruchamiamy proces ochronny. Podejmujemy decyzje za dzieci, kierując się ich dobrem i bezpieczeństwem. Nie pozwalamy. Nie dopuszczamy do porażek.

Współczesne dzieci nie przeżyły naszego dzieciństwa, ani nie mają pojęcia jak to kiedyś wyglądało. Startują z zupełnie innym pakietem możliwości. Nie są tak zaradni, jak my byliśmy, bo nie muszą. Za to zyskali coś innego. Potrafią lepiej wyrażać swoje emocje. Wiedzą co czują. Potrafią sobie poradzić z tymi emocjami. Są w tym prawdziwi, szczerzy, bo już nie słyszą od nas, tak jak my słyszeliśmy, że nie wolno nam płakać, ani się smucić. Kiedyś nie było czasu na emocje, dziś nie ma dnia, bez emocji. I to jest coś, z czym z kolei muszą poradzić sobie dorośli.